Powołania

2(124)2017 Od Redakcji

       Prawdopodobnie zdecydowana mniejszość tych, którzy wybrali życie konsekrowane, marzy o polepszeniu swego bytu materialnego, nie zadowalając się tym, czym dysponuje wspólnota: duszną latem i chłodną zimną kaplicą, niedogrzanymi celami, letnią wodą w kranie, meblami zaatakowanymi przez korniki, sprzętem kuchennym pamiętającym wczesne lata powojenne i samochodem z trudem zaliczającymi przeglądy rejestracyjne, nie wspominając już o starych taśmach w maszynach do pisania, najtańszych długopisach, znoszonych butach i jeszcze bardziej zniszczonych habitach. Ten optymizm, bardziej niż z wiary, że większość z nas byłaby dzisiaj w stanie zaakceptować takie warunki bez szemrania, wynika raczej z przekonania, że takich wspólnot prawie już nie ma. Gdyby bowiem chęć posiadania lepszych dóbr materialnych blokowała naszą dyspozycyjność apostolską, przesłaniała nam autoteliczne wartości naszej wiary i nadprzyrodzony cel naszej konsekracji, musielibyśmy przyznać się do zapomnienia istoty ślubu ubóstwa i nieposiadania tego, co stanowi meritum cnoty hojności ­– wolności od przywiązania do dóbr materialnych. Podobną przeszkodą w realizowaniu powołania do życia konsekrowanego jest zniewalające uzależnienie od czasu. Trudno bowiem traktować poważnie możliwość praktykowania cnoty hojności przez kogoś, kto permanentnie nie ma czasu dla innych, jest zawsze zajęty i nie chce, aby mu przeszkadzano.

       Większość istotnych elementów cnoty hojności znaleźć możemy w wyznaniu Pawła Apostoła, które Łukasz Ewangelista odnotował w Dziejach Apostolskich: „Nie pożądałem srebra ani złota, ani szaty niczyjej. Sami wiecie, że te ręce zarabiały na potrzeby moje i moich towarzyszy. We wszystkim pokazałem wam, że tak pracując trzeba wspierać słabych i pamiętać o słowach Pana Jezusa, który powiedział: Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu” (Dz 20, 33-35).

       Trafność przytoczonych przez św. Pawła słów Jezusa poświadczają ludzie zakochani, małżonkowie i rodzice, zwłaszcza matki. Uczynność i ofiarność w relacji do ukochanych osób jest dla nich źródłem wielkiej radości i szczęścia. Popycha ich do tego bezinteresowna miłość i instynkt rodzicielski, być może wspomagane oksytocyną lub fenyloetyloaminą. Nie oznacza to wszakże, że na taką samą hojność i wielkoduszność z ich strony mogą też liczyć inni ludzie, że źródłem szczęścia, o którym mówił św. Paweł, jest dla nich obdarowywanie samo w sobie, obojętnie kogo. Do głębokiego osobistego przekonania, że więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu, nie wystarczy kochać, ani nawet być najwierniejszym przyjacielem. Trzeba zdobywać i praktykować cnotę hojności, która dzięki wolności, jaką daje absolutny brak przywiązania do dóbr doczesnych (materialnych, kulturowych i czasu) uzdalnia do bezinteresownej ofiarności w stosunku do wszystkich, niezależnie od pokrewieństwa, przyjaźni lub innych więzów uczuciowych. Rezygnacja z dóbr, właściwa realizacji ślubu ubóstwa, przestaje wówczas być ciężarem.

       Dziewiątego listopada 2015 roku ukazał się na łamach „Corriere della Sera” krótki nekrolog zapowiadający pogrzeb Giuseppe Rinaldis, w którym krewni zmarłego zapraszali na Mszę świętą w jego intencji (dwa dni później). Ogłoszenie poprzedzało epitafium zaczerpnięte z powieści współczesnego, mało znanego włoskiego pisarza i poety, 75-letniego Bartolomeo Di Monaco: „Amare, vuol dire essere presente a tutte le ore”1. Ta krótka sentencja wyraża przekonanie pięcioro wymienionych z imienia i wszystkich innych krewnych, że zmarły ich kochał i zawsze był z nimi niezależnie od okoliczności, że zawsze miał dla nich czas. Może również oznaczać deklarację, że go nigdy nie zapomną i zawsze będą nosić w sercu. U nas najpiękniejszą pochwałą zmarłego w mowach pogrzebowych, w kazaniach i wspomnieniach bywa używana prawie tak często jak w krajach byłego imperium brytyjskiego pochwała: „On zawsze miał dla nas czas”2.

       Powiedzieć o kimś, że za życia „nie skąpił czasu”, że miał czas dla innych, że umiał być razem w powodzeniu i w nieszczęściu, w radości i w smutku, że dla gości miał drzwi zawsze otwarte i sam chętnie innych odwiedzał – jest wyrazem podziwu i uznania dla ludzi, którzy umieli zachować w swym życiu odpowiedni dystans nie tylko do dóbr materialnych, ale również do czasu, dobra dziś wyjątkowo deficytowego, na którego brak prawie wszyscy narzekamy.

       Niektórzy zakonnicy i zakonnice, którzy mają permanentny problem z punktualnością (spóźniają się do pracy, na posiłki, a nawet do kaplicy), czasem odkrywają w sobie znienacka powołanie misyjne do krajów, gdzie zazwyczaj nie używa się zbyt często zegarka. Wbrew pozorom mają wiele racji marząc o życiu w cywilizacjach mniej przywiązanych do chronometru, o ucieczce od zniewolenia niekończącym się wyścigiem z czasem, w którym czują się skazani na przegraną i nie potrafią dłużej żyć w nieustannym stresie.

       Któż z nas nie potrzebuje więcej czasu? Kaznodzieja na przygotowanie kazania, katecheta na przygotowanie się do lekcji, student na regenerującą jego umysł rozrywkę, doktorant na badania i przygotowanie rozprawy, profesor na napisanie porządnego artykułu, kontrahent na opłacenie faktur, dłużnik na spłatę kolejnej raty kredytu, huncwot na poprawę, a grzesznik na nawrócenie. Spowiednik tymczasem chce szybciej wyjść z konfesjonału, uczniowie ze szkoły, żołnierze z wojska, chorzy ze szpitala, a podróżni chcą jak najszybciej dotrzeć do celu. Wszystkim się śpieszy i prawie każdy boryka się z brakiem czasu. Uzależnienie od czasu jest cechą charakterystyczną naszych czasów, jest nową formą zniewolenia, bliźniaczą do uzależnienia od dóbr materialnych.

       Zamierzaliśmy w tym numerze przybliżyć Czytelnikom klasyczną doktrynę o cnocie hojności, psychologiczne uwarunkowania jej zdobywania i praktykowania, oraz przykłady jej praktycznej realizacji w życiu świeckim, duchownym i zakonnym. Nie do końca nam się to udało, bynajmniej nie z powodu braku dyspozycyjności zachęcanych do podzielenia się z nami swoją wiedzą i doświadczeniem autorów, ile z nadmiaru ich obowiązków i – przepraszam za oksymoron – uwikłania we wszechobecny brak czasu. Być może to właśnie najlepiej dowodzi ważności i aktualności podjętego w tym numerze zagadnienia.

      Przypisy:

1 „Kochać to byś obecnym w każdej godzinie”. Di Monaco opublikował tę sentencję – być może pochodzącą od starszego pół wieku pisarza i dziennikarza Nino Salvaneschi (1886-1968) – w dwóch różnych tomach: Quattro romanzi, Montuolo 2011, s. 258 i w La scampanata, Cercenasco 2014.

2 He always had time for us.

©2021 Misjonarze Klaretyni Prowincja Polska. Wszelkie prawa zastrzeżone
Zadaj pytanie on-line